piątek, 10 września 2010 www.esportplus.pl
KRD

Rozmowa z...

O kondycji polskiego narciarstwa

22.01.2010

Z Apoloniuszem Tajnerem, Prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, byłym trenerem kadry polskich skoczków narciarskich, rozmawia Paweł Kociel

Paweł Kociel: Jak Pan ocenia aktualną kondycję polskich skoków narciarskich?
Apoloniusz Tajner: Nasza pozycja w tej dyscyplinie sukcesywnie się wzmacnia. Widać to po ilości zawodników, którzy wypracowali sobie prawo startu w zawodach Pucharu Świata. W tej chwili mamy ich sześciu. Mam nadzieję, że w Pucharze Kontynentalnym, po pierwszym etapie, również będziemy mieli podobną liczbę. A zawodników, których możemy już w tego typu zawodach wystawić, mamy już około 20. Mamy więc zaplecze i myślę, że już na stałe „wskoczyliśmy” do czołowej szóstki krajów, które najbardziej liczą się w skokach narciarskich – na razie jeszcze w przedziale 4-6, ale w perspektywie mamy potencjał na to, by w kolejnych latach osiągnąć jeszcze wyższą pozycję.

P.K.: Kadrę rzeczywiście mamy szeroką, ale wciąż trudno znaleźć zawodnika, który mógłby zastąpić Adama Małysza, który wkrótce zakończy swoją wspaniałą karierę...
A.T.: Żeby znaleźć takiego zawodnika, trzeba stworzyć pewien system selekcji, bo Małysz trafił się nam niczym samorodek złota czy nadzwyczajnej wielkości diament. Dlatego właśnie stworzyliśmy Narodowy Program Rozwoju Skoków Narciarskich. Tyle tylko, że na efekefek ty tego programu trzeba trochę poczekać. Obecnie zaczynają one się pojawiać. Na 23 zawodników w obu kadrach w skokach oraz w kadrze kombinacji norweskiej, 15 stanowią wychowankowie tego programu. Wśród nich są także talenty na miarę Małysza, a kto wie, czy niektórzy – choćby Klimek Murańka – nawet go nie przewyższają? A jest jeszcze co najmniej pięciu takich młodych zawodników, których talent jest porównywalny z talentem Klimka. Czy z tych zawodników wyrosną zawodnicy na miarę Małysza? To jest już zupełnie inna sprawa, bo wszystkie parametry fizyczne oraz techniczne, które „zawierają się” w talencie zawodnika, trzeba jeszcze uzupełnić odpowiednią osobowością i psychiką. Czy mamy kogoś takiego, jak nadzwyczajny pod tym względem Małysz? W tej chwili trudno to ocenić. Najważniejsze, że w naszych poszukiwaniach zaczynamy być skuteczni, a część z tych zawodników osiąga dobry europejski poziom.

P.K.: Czy jako były trener skoków narciarskich, a obecnie Prezes Polskiego Związku Narciarskiego, może pan zapewnić polskich kibiców, że będziemy wkrótce mieli zawodników, którzy będą w miarę regularnie zwyciężać w Pucharze Świata?
A.T.: Żeby zwyciężać w Pucharze Świata, trzeba mieć zawodników na miarę Małysza. Gdy zaczynałem pracę z kadrą, Adam Małysz już w 1997 r. [w wieku 19 lat – przyp. P.K.] wygrywał trzykrotnie i był kilka razy w pierwszej trójce Pucharu Świata. Jeśli uda się nam wprowadzić do czołowej dziesiątki PŚ jakiegoś zawodnika lub zawodników, to może od czasu do czasu będzie on zajmował miejsca na podium, a może nawet wygrywać. W tej chwili chcemy doszkolić zawodników, którzy w miarę regularnie będą zajmowali miejsca w pierwszej piętnastce. Wtedy jest szansa, że przy dobrym układzie zawodnik taki może wygrać. Takie założenie przyjęliśmy np. w stosunku do Stocha czy Łukasza Rutkowskiego, którzy osiągnęli już pewien poziom. Natomiast życzyłbym sobie, żeby trzech, czterech naszych zawodników regularnie wchodziło do trzydziestki w PŚ, czyli do serii finałowej, bo to świadczyło by, że mamy już bardzo mocną drużynę.

P.K.: Czy naszych zawodników będzie stać na dobre skoki niezależnie od kryteriów ich oceny technicznej? Wiadomo, że to ma się zmienić...
A.T.: Tak. Nowe zasady promują raczej zawodników dobrych. Uważam, że nowa punktacja jest korzystna np. dla Małysza. Szkoda, że nie będzie ona obowiązywać na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver.

P.K.: Polskie skoki narciarskie mają się więc nieźle, ale chyba nie wszystkim konkurencjom narciarskim w Polsce jest tak dobrze. Które dyscypliny odstają najbardziej?
A.T.: Wiadomo, że poziom poszczególnych dyscyplin narciarskich w Polsce jest różny. Generalnie do kierowanego przeze mnie Związku należy prowadzenie kadr olimpijskich i młodzieżowych i muszę stwierdzić, że robimy to dość szeroko, na poziomie jakiego nie było od lat. W tej chwili zabezpieczamy wszystko, od A do Z. Opieka jest na tyle dobra, że w niektórych przypadkach zawodnik tylko między zgrupowaniami kadry wraca do klubu, ale nawet wtedy zabezpieczamy jego formę poprzez trenerów kadry, którzy mieszkają w pobliżu i kontynuują prowadzenie zajęć. Chcielibyśmy natomiast dopracować się takiego modelu, aby fundusze, które otrzymujemy od sponsorów, zwolniły trochę naszych środków, tak abyśmy mogli wesprzeć szkolenie u podstawy „piramidy”. Najbardziej zależy mi na wzmocnieniu pozycji trenera pracującego w klubie czy współpracującego ze szkołą. Chciałbym jakąś formą dofinansowania, np. stypendium trenerskiego, wesprzeć właśnie tych ludzi, gdyż ich praca jest nam potrzebna. Dzieci chcących trenować mamy bowiem bardzo dużo, brakuje nam tylko trenerów.

P.K.: Które dyscypliny narciarskie wymagają natychmiastowych zmian? Wiadomo, że istnieje zagrożenie, iż w związku z obostrzeniami przyjętymi przez PKOl, w Vancouver być może nie będziemy reprezentowani przez wiele z nich.
A.T.: To prawda, może tak być, ale zacznijmy może od pozytywów. Dobra sytuacja, już od co najmniej trzech lat, tworzy się w biegach narciarskich. To widać po uczestnictwie zawodników w mistrzostwach Uczniowskich Klubów Sportowych, ale również po całorocznym współzawodnictwie, w ramach którego rokrocznie rywalizuje 600-700 dzieci. Coraz aktywniej działają regionalnie ligi i prawdopodobnie już od tego sezonu ruszy w narciarstwie biegowym podobne przedsięwzięcie, jak Narodowy Program Rozwoju Skoków Narciarskich wspierany przez markę Lotos. W przypadku biegów ma on powstać w oparciu o wsparcie finansowe kilku sponsorów. Po uruchomieniu programu znowu będzie trzeba czekać na jego efekty, tym bardziej, że w biegach narciarskich, które są przedstawicielem konkurencji wytrzymałościowej, optymalny wiek zawodnika przypada grubo po dwudziestych urodzinach. Na efekty naszych starań w narciarstwie biegowym trzeba będzie więc sporo poczekać. Trudna sytuacja jest w kombinacji norweskiej, ale i o tę dyscyplinę jestem spokojny, bo w tej chwili tę konkurencję już odbudowujemy. Najgorzej wygląda natomiast sytuacja alpejczyków. O ile bowiem nasza kadra ma stworzone naprawdę profesjonalne warunki, to brakuje tu – podobnej do wymienionych wcześniej – skali działania, czyli pracy z dużymi grupami młodzieży. Owszem, istnieje rywalizacja na poziomie rekreacji – w postaci lig wojewódzkich. Ale czas prawdziwego treningu dla alpejczyka to okres letnio-jesienny, a wtedy nie ma w Polsce odpowiednich warunków do przygotowań. Istnieje więc potrzeba treningu specjalistycznego na lodowcach, a więc za granicą, a częste i dalekie wyjazdy są bardzo kosztowne. Tym bardziej, że coraz częściej nawet w Alpach brakuje śniegu, a wiodące ekipy trenują na lodowcach w Nowej Zelandii i Argentynie. Na przyszłość widzę tylko jedną możliwość. Skoro istnieje Unia Europejska i właściwie tworzymy jako Europa jedno państwo, należy pomyśleć o tym, aby zaczęły funkcjonować szkoły sportowe, np. w Austrii czy w Niemczech, gdzie trenowaliby alpejczycy z wszystkich zakątków Unii. Ciągłe dojeżdżanie, które praktykujemy od lat, nie jest bowiem dobre i nie przynosi zakładanych efektów.

P.K.: Z klimatem nie wygramy, ale czy chociaż zimą dysponujemy w Polsce odpowiednią bazą sportową? Czy mamy wystarczającą liczbę obiektów treningowych dla młodzieży?
A.T.: Jeżeli chodzi o skoki to, wziąwszy pod uwagę potrzeby naszych najlepszych zawodników, baza szkoleniowa jest w tej chwili wystarczająca. Mamy Zakopane, Wisłę i Szczyrk-Skalite. Kombinację i biegi można trenować na trasach biegowych na Kubalonce – są one na bardzo wysokim poziomie. Podobnie jest w Jakuszycach, gdzie w 2011 r. odbędzie się po raz pierwszy Puchar Świata w biegach narciarskich. Trasa w Ustrzykach jest również coraz lepsza i stale modernizowana. Coraz więcej jest także tras o charakterze lokalnym. Takie trasy powstają także poza obszarem gór, np. w Tomaszowie Lubelskim, gdzie wygląda to naprawdę profesjonalnie. Zmienia to geografię uprawiania narciarstwa biegowego, dzięki czemu do rywalizacji włącza się coraz więcej klubów z centralnej Polski – z miejsc takich jak wspomniany Tomaszów Lubelski, Rawa Mazowiecka czy Siedlce. Doszło nawet do tego, że stamtąd mamy coraz więcej zawodników, najmniej zaś z Podhala. Pokazuje to, gdzie wykonuje się naprawdę dobrą pracę. Natomiast jeżeli chodzi o skocznie przeznaczone dla młodzieży to mamy dobre obiekty w Zagórzu koło Sanoka, bardzo dobre w Zakopanem oraz równie ciekawe w Szczyrku, gdzie tworzy się cały kompleks – będą tam dobudowywane skocznie o punktach K-40 i K-15. Trwa także inwestycja w Bystrej. Z drugiej strony skocznie w Wiśle – niegdyś kuźni talentów, gdzie nadal skacze mnóstwo dzieci – są w katastrofalnymstanie. Co najmniejkilka z tych obiektów należałoby zmodernizować, czyli położyć nowy igelit, bo skoki szkoli się latem i jesienią, a zimą właściwie są już tylko zawody.

P.K.: Czy mamy w ogóle w Polsce warunki do uprawiania narciarstwa alpejskiego?
A.T.: Na poziomie wyczynu niestety nie mamy i niewiele można na to poradzić. Owszem, od grudnia do połowy marca możemy zakładać odpowiednie warunki śniegowe, tyle że nie zawsze w tym okresie są one dobre. W dodatku stoki i wyciągi mamy takie, jakie mamy. Na ogół te najlepsze są prywatne, więc ich właściciele nie zawsze są zainteresowani tym, żeby zamykać je dla narciarzy-amatorów i udostępniając je zawodowcom, tracąc w ten sposób wpływy.

P.K.: Czy coś w tym względzie może się zmienić na lepsze?
A.T.: Może, ale tylko pod warunkiem, że powstanie wspomniana unijna szkoła dla alpejczyków. Drugi warunek jest taki: należy zwiększyć zakres finansowania, czyli sponsoring, aby móc intensyfikować pobyty zawodników za granicą. Jeśli natomiast pojawi się uzdolniony zawodnik, to należy zabezpieczyć finansowo na poziomie zawodowym jego przygotowania i starty. Podobnie robią inni, np. gdy pojawi się jakiś uzdolniony Anglik lub Nowozelandczyk, to trenują oni albo z Austriakami, albo z Niemcami, albo ze Słoweńcami.

P.K.: Wróćmy do tematu skoków narciarskich. Wspomniał pan o niewyremontowanych małych skoczniach w Wiśle, gdzie mamy też zmodernizowaną skocznię normalną w Malince. Wokół tego obiektu pojawiło się dużo kontrowersji. Jak pan ocenia tę skocznię? Czy jest to obiekt odpowiedni do treningu oraz na duże imprezy?
A.T.: Jeśli chodzi o skocznię w Wiśle-Malince to jej usytuowanie jest dobre, gdyż w tym miejscu panują na ogół stabilne warunki atmosferyczne. Wszystkie skocznie na świecie mają problem z silnie wiejącymi wiatrami, zwłaszcza obiekty w  Skandynawii, które są wyniesione w powietrze, w oparciu o niewielkie wzniesienia. Tymczasem skocznię w  Wiśle mamy schowaną w terenie, a jej usytuowanie na północnym stoku pomaga zalegać pokrywie śnieżnej. Także profil skoczni jest nowoczesny i bardzo korzystny, mimo że jest to skocznia nietypowa, bo z przeciwstokiem. Wyciąg przy obiekcie sprawia, że zawodnicy nie muszą dużo chodzić. W tym względzie do skoczni nie mamy żadnych uwag, gdyż obiekt jest wprost kapitalny do treningu. Jedynym minusem obiektu w  Malince jest to, że jego widownia jest ograniczona. W tej chwili już wiadomo, że ta skocznia właściwie będzie się sama finansowała, a  kto wie, czy nawet nie będzie przynosiła dochodów.

P.K.: Czyli dementuje pan głosy mówiące o licznych wadach wiślańskiej skoczni?
A.T.: Wiem, że mówiło się o wielu różnych drobnych wadach tej skoczni, np. że pękła tam ściana, a  innym razem schody, natomiast to nie miało najmniejszego wpływu na sam profil i  funkcję skoczni, a to nas najbardziej interesuje. Skocznia jest bardzo dobra i tyle. Czasem podpytywano Adama Małysza jako zawodowca, który korzysta z  tego obiektu, co mogłoby być na skoczni lepsze i Adam mówił: że może np. tory. I natychmiast w  prasie pojawiał się tytuł: „Małysz powiedział – tory na skoczni w  Wiśle są słabe”. Tak nie można. Powinniśmy być szczęśliwi, że mamy taki obiekt. Jego powstanie ograniczyło nam znacznie wyjazdy, setki godzin jeżdżenia za granicę – tam i  z powrotem. Pomyślmy tylko o ile, dzięki istnieniu tej skoczni, przygotowania skoczków są tańsze

P.K.: A czy istnieją przesłanki ku temu, by w Wiśle odbyły się zawody Pucharu Świata?
A.T.: Wprawdzie mamy – nazwijmy to tradycyjny – Puchar Świata w Zakopanem, ale mając taką skocznię jak w Wiśle, trzeba w perspektywie myśleć o  rozegraniu tam zawodów tej rangi. Nie będzie to jednak taka szybka perspektywa, bo najpierw skocznia i pracująca na niej grupa ludzi musi sprawdzić się w  organizowaniu zawodów. Potencjał do organizacji dużej imprezy jednak jest, o  czym świadczą zawody Pucharu Kontynentalnego rozgrywane właśnie w  Wiśle. Kolejną imprezą, o którą należy się starać w drodze po goszczenie PŚ, jest letnie Grand Prix.

P.K.: Wspomniał pan o warunkach wiatrowych, które niejednokrotnie nękają skoczków. W odpowiedzi pojawiają się projekty – także w Polsce – budowania skoczni zadaszonych. Czy powstanie takich obiektów i rozgrywanie na nich zawodów jest w ogóle realne?
A.T.: Gdyby taka skocznia rzeczywiście powstała, to rozegranie na niej zawodów jest jak najbardziej realne. Słyszałem, że taki zadaszony obiekt, także ze skocznią mamucią, ma powstać w  Finlandii. Zresztą są już kryte stoki zjazdowe, więc można pokusić się i o budowę zadaszonych skoczni. Podobno nawet Kubańczycy chcieli wybudować taki obiekt. Jest tylko sprawa technologii i pieniędzy. Natomiast w Polsce otwarcie się o tym nie mówi i myślę, że jesteśmy jeszcze daleko od takiej inwestycji. W  tej chwili coraz częściej montuje się na skoczniach tzw. wiatrołapy – sytuuje się je w okolicach progu skoczni, tak aby zabezpieczyć pierwszą fazę skoku. Tyle że gdy wiatr wieje z  góry lub z dołu, to progu skoczni i tak nie da się zabezpieczyć wiatrołapem.

P.K.: Jakie są największe bolączki polskiego narciarstwa?
A.T.: Największą bolączką jest wspomniany brak kadry instruktorskiej. My ciągle taką kadrę szkolimy, co roku robimy kursy. I  instruktorów stale nam przybywa – od 4 do 10 rocznie, ale to wciąż za mało, bo nie wszyscy absolwenci kursów pracują później jako instruktorzy. Problem leży w systemie finansowania polskiego sportu, w  tym finansowania pracy trenerów, które szczególnie na najniższych poziomach jest niewystarczające. Żeby przełamać tę niemoc potrzeba wsparcia samorządu, makroregionów, klubów sportowych itd. Marzę, aby ten problem rozwiązać np. poprzez jakąś formę stypendium dla grupy trenerów pracujących najbardziej efektywnie, ale aby tak się stało, musi być stałe źródło finansowania. Nie może się to dziać od przypadku do przypadku. Każdy system działa dobrze wtedy, gdy wszystko jest odpowiednio zorganizowane. Tego nam brakuje i stąd przeszkoleni trenerzy uciekają z zawodu, bo muszą utrzymać rodzinę i godnie zarobić. Kończy się era pracy społecznej.

P.K.: Gdyby zechciał pan podsumować swoją dotychczasową prezesurę, co należałoby wymienić wśród najważniejszych osiągnięć?
A.T.: Na pewno udało się doprowadzić do sytuacji, że powołujemy szerokie kadry zawodnicze; np. w ostatnich trzech sezonach było to od 55 do 60 zawodników. Do obsługi zawodników mamy zatrudnionych na stałe około 35 osób i dalszych 20 konsultantów, dodatkowych serwismenów, lekarzy czy fizjoterapeutów. Mamy także odpowiednie środki transportu (gdy 10 lat temu zaczynałem moją pracę, to dostępne były tylko dwa samochody kombi). W tej chwili mamy 20 busów i 8 samochodów osobowych, co w pełni zabezpiecza nasze potrzeby transportowe. Mamy też wiarygodność. To jest niezwykle ważne, bo dzięki temu traktuje się nas poważnie w ministerstwie sportu oraz w Polskim Komitecie Olimpijskim. Bez wsparcia tych struktur i traktowania nas jako partnerów, nic nie byłoby tak dobrze zorganizowane. Nie sposób też nie wspomnieć o wynikach sportowych. Zalał nas grad medali w  konkurencjach narciarskich. Sześć złotych krążków na najważniejszych imprezach oraz kryształowe kule robią wrażenie. A mam nadzieję, że nie jest to nasze ostatnie słowo, bo jak już powiedziałem, mamy coraz szerszą grupę zawodników prezentujących taki poziom, który daje nadzieję na przyszłość.

P.K.: Skoro jesteśmy już przy medalach, to proszę przedstawić swoje typy medalowe na nadchodzące Igrzyska w Vancouver.
A.T.: Typów nie przedstawię, ale szansę medalowe tak, bo nie ma co się oszukiwać – mamy je. Co najmniej trzy szanse ma Justyna Kowalczyk – mam na myśli jej starty w biegach dystansowych. Z nadzieją patrzę także na trzy konkursy skoków narciarskich. Szansę na medal ma nie tylko Małysz, ale także Stoch, a mamy też mocną drużynę. Po raz pierwszy ma ona realną szansę na podium, o które nasi chłopcy otarli się już dwukrotnie.

P.K.: Dziękuję za rozmowę.


MR
Przeczytaj w e-wydaniu
PWB MEDIAWydawca: PWB MEDIA 02-729 Warszawa, ul. Rolna 155, tel.: 022 853 06 87, fax: 022 853 06 86,
redakcja serwisu: serwis@pwbmedia.pl, redakcja wydania papierowego: sportplus@pwbmedia.pl

© Copyrights 2008 by CYBERWARE Poland

Zobacz też: PKIS Builder